Strony

czwartek, 9 listopada 2017

Droga Królewska. Chemin du Roy.

Wiele państw rozwijało się wzdłuż dawnych traktów, to one były krwiobiegiem kraju, a podróżujący handlarze zatrzymywali się w miastach i wioskach. Polska - wzdłuż Bursztynowego Szlaku, a w Ameryce Północnej - najbardziej znana to Route 66, zwana Drogą-Matką. Drogą, z o wiele dłuższą historią niż ta z USA, oczywiście nie tak popularną i kultową, jest Chemin du Roy.
Pierwszym zalążkiem drogi był fragment między Cap Tourmente a Côte-de-Beaupre w Cap-Rouge. W 1706 roku Rada Nowej Francji podjęła decyzję o budowie drogi łączącej osady na północnym brzegu Rzeki Św. Wawrzyńca, między miastami Quebec i Montreal. Prace pod nadzorem Eustache Lanouiller'a z Boiscler trwały między 1731 a 1737r. Po zakończeniu budowy droga miała 280km długości, 7.4m szerokości i przebiegała przez 37 hrabstw. W tym czasie przejazd konno całej drogi zajmował cztery do sześciu dni. Dzisiaj Chemin du Roy, w większości pokrywa się z drogą Prowincji Quebec nr 138, a w 1999 powstał szlak turystyczny oznaczony charakterystycznymi niebieskimi tablicami. Dla nas powrót w okolicę Montrealu, choć odległość pokonaliśmy południowym brzegiem Rzeki św. Wawrzyńca w dwie godziny autostradą, zajął półtorej dnia. Droga Królewska była okazją do zjechania z autostrady, przyjemnego włóczenia się między cichymi miasteczkami i fotografowania pięknych kościołów, czy płynącej równolegle rzeki.

Kościół Świętej Rodziny w Cap-Sante został zbudowany w latach 1752-1768, a sama osada datowana jest na 1679.
U ujścia rzeki Świętej Anny do Rzeki Świętego Wawrzyńca znajduje się miejscowość Sainte-Anne-de-la-Pérade. Nieco na uboczu miasteczka znajduje się Domaine Seigneurial z interesującym ogrodem. Na przestrzeni trzech wieków ten niewielki budynek zamieszkiwały trzy ważne osoby: hrabina Madeleine de Verchères (1706-1747), Elizabeth Hale, arystokratka i żona polityka oraz Honoré Mercier, premier Quebecu w latach 1887-1891.

 
Miejscowość została założona w 1666roku, a znajdujący się tuż przy ujściu kościół św. Anny zbudowany został na podobieństwo bazyliki Notre-Dame w Montrealu.
 
W miejscowości Grondines znajduje się najstarszy młyn w prowincji, wybudowany w 1684. Wybudowanych wzdłuż brzegu zostało osiemnaście młynów, a ten miał podwójną rolę: mielił zboże na mąkę oraz służył jako latarnia wskazująca drogę statkom żeglującym po rzece.

W połowie Drogi Królewskiej znajduje się miasto Trois Rivieres, czyli po polsku - Trzy Rzeki. Nazwa pochodzi od charakterystycznego ujścia rzeki Saint-Maurice do Rzeki św. Wawrzyńca, poprzez dwie wyspy:
Île Saint-Quentin i Île La Poterie, co daje wrażenie, jakby w tym miejscu stykały się trzy rzeki.

 
 
 
Jest to, poza samym miastem Quebec, najstarsze miasto w prowincji.
Do miasta zjechaliśmy późnym wieczorem, na tyle by przenocować w motelu Penn-Mass, a rankiem ruszyć w dalszą drogę. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od klasztoru Urszulanek. Monastere des Ursulines, zajmuje znaczny obszar miasta, początki zakonu w mieście sięgają roku 1697.

 
Klasztor podziwialiśmy jedynie z zewnątrz, otwierany jest dopiero o 10:00. W mieście powstał duży port rzeczny, ponadto miasto jest ważnym ośrodkiem przemysłu celulozowego.


W Berthier zakończyła się nasza podróż drogą 138. Ostatni z odwiedzonych kościołów na trasie to kościół Sainte-Geneviève. Tam wjechaliśmy na autostradę 40 w kierunku Ottawy.

 

środa, 8 listopada 2017

Wokół miasta Quebec

Ponieważ po południu i wieczorem dnia poprzedniego udało się zobaczyć wszystkie istotne atrakcje miasta Quebec, to w planowaniu kolejnego dnia mieliśmy mnóstwo swobody. Po przeliczeniu odległości, w pierwszej kolejności pojechaliśmy zobaczyć największy i podobnież najpiękniejszy w prowincji, wyższy od samej Niagary o 30m, wodospad Montmorency. Wodospad powstał w miejscu ujścia rzeki Montmorency do Rzeki Św. Wawrzyńca. Za wjazd na parking zapłaciliśmy 10CAD i była to jedyna opłata za odwiedzenie tego miejsca. Można skorzystać z wjazdu kolejką linową oraz np. wspinaczki via Ferrata, jednak my zdecydowaliśmy się na spacer schodami, chociaż most wiszący nad wodospadem, widziany z dolnej stacji kolejki linowej wydaje się czymś bardzo odległym i nieosiągalnym.
Po kilku chwilach,
zmoczeni delikatnie drobnymi kroplami wody, które unoszą się w powietrzu, znaleźliśmy się na moście wiszącym ponad wodospadem.

 
 
 
 
 
 
 
 
Po spacerze w dół wsiedliśmy do samochodu i pojechali nowoczesnym mostem, jedynym łączącym wyspę Ile d'Orleans z kontynentem.
Wyspa sama w sobie nie jest jakimś szczególnie pięknym miejscem, można na niej zobaczyć jak wygląda ciche, spokojne, prowincjonalne życie, z dala od zgiełku miasta, pośród plantacji truskawek.
 
 
 
 
 
 
 
Na jej południowym krańcu, natomiast, można zobaczyć interesującą panoramę Quebec City.
Z atrakcji tego dnia oraz z planów ramowych całego wyjazdu mieliśmy poznać nieco kulturę autochtonów, przed skolonizowaniem terenu przez Europejczyków. Nieco na północ od miasta Quebec znajduje się miejscowość Wendake, w której jest kilka społeczności kultywujących pamięć o Indianach - Huronach, którzy zamieszkiwali tereny wschodniej Kanady. Nasz wybór padł na ekspozycję Site Traditionnel Huron Onhoüa Chetek8e. Już samo miejsce bardzo zaskakuje - skansen zlokalizowany jest pośrodku wiejskiej strefy przemysłowej - pomiędzy serwisem ciągników rolniczych a składem drewna. Ponieważ nie chcieliśmy czekać prawie godzinę, na kolejną wycieczkę prowadzoną przez anglojęzycznego przewodnika, po opłaceniu biletów zaczęliśmy zwiedzać samodzielnie.
 
 
Zgodnie z planem - rozpoczęliśmy od wielkiej chaty, w której mogło spać nawet kilkanaście rodzin. 
 
 
 
 
 

Dalej przeszliśmy do miejsca kultu, gdzie podziwiać można różnego rodzaju totemy.
 

Przy okazji zostałam przywołana do porządku przez francuskojęzyczną przewodniczkę, bowiem wykonywałam zdjęcia w miejscu zabronionym - w chacie szamana.
 
 
 
 
Później zobaczyliśmy jak wykonywane były łodzie - canoe oraz w jaki sposób Indianie polowali. 
 
 
 
Oczywiście nazwa Indianie, jest trochę nie na miejscu, obowiązuje w Polsce, wynika z tego, jak nazwał mieszkańców kontynentu Krzysztof Kolumb, który sam w Indiach nie był. Kanadyjczycy używają wobec Indian określenia native nations, czyli narody tubylcze.
 
 
 
W sklepie pooglądaliśmy trochę pamiątek, jednak cena nie skusiła nas do nabycia czegokolwiek. Ponadto z kilku miejsc zostaliśmy przegonieni i z uczuciem pewnej goryczy, wobec wydanych prawie 40 dolarów za wstęp, oraz sporo czasu na dojazd odjechaliśmy...bynajmniej nie w stronę zachodzącego słońca - ale w kierunku południowym.
 
Po niecałej godzinie dotarliśmy ponownie do miasta Quebec, gdzie odwiedziliśmy ogromne akwarium. Przy kasie biletowej, pani upewniła się że na pewno chcemy wejść - atrakcja zamykana jest o 17:00, zatem mieliśmy tylko dwie godziny. Chwilka przeliczeń co jest bardziej opłacalne - bilet rodzinny, czy bilety indywidualne i jednak zdecydowaliśmy się na bilety pojedyncze za które zapłaciliśmy 48 dolarów. Pierwszym punktem zwiedzania jest fantastyczne i hipnotyzujące akwarium z meduzami.
 
 
 
 
Później dotknąć można płaszczkę.
 
W kolejnym pawilonie poznać można życie różnych zwierząt morskich a także przejść tunelem wodnym podziwiając żyjątka przepływające nad głową.
 
 
 
 
Ekspozycje na zewnątrz to foki, morsy z ogromnym Borysem na czele, a także niedźwiedzie polarne. Zdążyliśmy w ostatnim momencie na pokaz karmienia.
 
 
 
 
 
 
 
 
Wizyta w akwarium, mimo dość sporej ceny, była to świetna atrakcja dla całej naszej rodziny, aż do momentu gdy musieliśmy opuścić już zamykane zoo. Korzystając z wieczornego słońca, miast szybkiej autostrady do Trzech Rzek - Trois Rivieres, wybraliśmy obecnie lokalną drogę Chemin du Roy - Drogę Królewską.
Jest to pierwsza droga wytyczona pomiędzy miastem Quebec a Montrealem.
Ciągnie się wzdłuż Rzeki św. Wawrzyńca, co krok napotkać można piękne widoki oraz stare kościoły w niewielkich miasteczkach. Tuż po zmroku dotarliśmy do motelu Penn Mass, całkiem przyjemnego lokum na jedną noc, przed dalszą do Ottawy.