Styczniowa promocja Delta Airlines do Kanady, będąca odpowiedzią na niskie ceny sojuszu Star Alliance w tym samym kierunku, dawała szeroki wachlarz wyboru: miast wylotu (Warszawa, Gdańsk lub Kraków) oraz przesiadek. Niewiele zastanawiając się, dopłaciliśmy kilkanaście złotych za możliwość open-jaw: przylot - Montreal, powrót z Toronto, a także, co w naszym przypadku bardzo istotne - aby przesiadka nie miała miejsca na terenie USA, z uwagi na brak wizy do tego kraju w paszporcie. Pozostało wykupienie eTA (po 7CAD na osobę) połączone z wypełnieniem formularza aplikacyjnego na stronie internetowej. To dość wygodne rozwiązanie - wystarczy karta kredytowa, trochę czasu poświęconego na wpisanie i sprawdzenie danych i można cieszyć się pozwoleniem na wjazd do Kanady bez konieczności wizyty w placówce dyplomatycznej. W ramach zaplanowanej trasy do Montrealu, mieliśmy 7 godzin przesiadki w Amsterdamie, niestety w drodze powrotnej planowane czasy przesiadek nie umożliwiłyby szybkiego "city-break".
Aby znaleźć się w Krakowie około 5:00 musieliśmy o 4:00 rano wyjechać z domu. Na lotnisku zarezerwowaliśmy Orange Parking nr 3 - najtańszy na dłuższe parkowanie. Mimo, że do lotniska jest tylko 500m, to pracownik dostarczył nas pod same drzwi terminala. W kolejce do nadania bagażu zadziałało po raz pierwszy, a nie ostatni podczas tego wyjazdu jedno z praw Murphy'ego: Druga kolejka jest zawsze szybsza. Warto na lotnisko przyjeżdżać ze sporym wyprzedzeniem, nam zeszło ponad 40 minut, aby tylko wrzucić bagaże na taśmę. Później poszło już szybko: kontrola bezpieczeństwa, najdroższe obwarzanki jakie jedliśmy w życiu i lecimy do Amsterdamu. Na lotnisku, byliśmy o czasie. Schipol jest akurat bardzo dobrze skomunikowany z centrum miasta, wystarczyło nabyć bilety (powrotne dla dorosłych 8.4 Eur, dla dziecka całodniowy 2.5Eur) i wsiąść do pociągu, który odjeżdża co kilka minut.
Czas dojazdu na dworzec Centraal to 15-17 minut w zależności od typu pociągu. Zatem kilka chwil po 10:00 byliśmy już w centrum miasta. Z uwagi na znacznie okrojony czas, odpuściliśmy zwiedzanie jakiegokolwiek muzeum, a ograniczyliśmy się do kilkukilometrowego spaceru ścisłym centrum. Po wyjściu z dworca przeszliśmy ulicą Damrak, obok Beurs von Berlage. w którym znajduje się Galeria Sztuki Banksy.
Na placu Dam zobaczyliśmy z zewnątrz Pałac Królewski, który do 1808r. był ratuszem miejskim, a później przebudowany stanowił rezydencję rodziny królewskiej, do dzisiaj uważany za największy zabytek holenderskiego Złotego Wieku. Jego fasada jest obecnie w remoncie, nie wygląda dobrze na zdjęciach.
Na chwilę weszliśmy do Kościoła Nowego De Nieuve Kerk, jednak wysokie ceny zwiedzania połączone z brakiem czasu spowodowały tylko szybki rzut oka na udostępnione wnętrza. Dalej przespacerowaliśmy Nieuwezijds Voorburgwal oraz deptakiem Kalverstraat do Rokin.
W miejscu, gdzie rzeka Amstel wpływa do kanału Singel podziwialiśmy wieżę Monetarną, Munttoren, pozostałość starych, średniowiecznych murów, stanowiącą element bramy do miasta.
Po drugiej stronie kanału Singel znajduje się targ kwiatowy, aby nie taszczyć ze sobą cebulek do Kanady, postanowiłam, że zakupy do przydomowego ogródka zrobię w drodze powrotnej.
Dalsza część zwiedzania, to typowy krajobraz dla wenecji Północy, stalowe zwodzone mosty nad Kloveniersburgwal oraz Groenburgwal, przedstawiające bardzo proste, ciekawe rozwiązania techniczne mechanizmów podnoszących.
Po krótkiej sesji fotograficznej na moście Rusland,
znaleźliśmy się na rynku Nieuwmarkt, pośrodku którego stoi Oude Kerk, Stary Kościół.
Poświęcony w 1306 roku, wielokrotnie przebudowywany jest najstarszym kościołem parafialnym w Amsterdamie, w jego kryptach znajduje się 2500 grobów, w których pochowano 10000 mieszkańców stolicy Holandii. Spacerując De Wallen, znaną lepiej jako Dzielnica Czerwonych Latarni, zaskakuje sąsiedztwo sklepów XXX, muzeów poświęconych wszelkim aspektom seksu, coffee-shopów, z których od rana wydostaje się charakterystyczna woń palonego zioła oraz zabytkowych kościołów.
Nad ulicami górują tęczowe flagi oznaczające wyzwolenie seksualne właścicieli i mieszkańców.
Ponieważ Bazylika św. Mikołaja, sąsiadująca z dworcem Centraal była zamknięta,
wybraliśmy się na śniadanie w pobliskiej kafejce i po sfotografowaniu przylegającego do dworca wielopoziomowego parkingu dla rowerów wróciliśmy na dworzec.
Rowerzyści w Amsterdamie, podobnie jak w Kopenhadze, mają specjalne prawa z których korzystają na każdym kroku. Mimo, że mają specjalnie wyznaczone ścieżki, to bez zahamowań jeżdżą również ulicami i chodnikami, przez co spacerowanie po Amsterdamie nie jest bezpieczne, bowiem wciąż trzeba uważać, by nie zostać potrąconym przez rower.
Na lotnisko wróciliśmy tą samą drogą, przed lotniskiem znajduje się charakterystyczny napis "Iamsterdam", obowiązkowy punkt na fotograficznej trasie zwiedzania.
Kontrole bezpieczeństwa przeszliśmy bez problemów, jednak przy paszportowej po raz drugi zadziałało prawo Murphyego, ustawiliśmy się w kolejce za jakimś trudnym do zidentyfikowania mieszkańcem Czarnego Lądu z wyjątkowo egzotycznym paszportem, który skutecznie zablokował możliwość kontroli. Kiedy już służby się z nim uporały, nam posiadaczom paszportów UE kontrola przebiegła ekspresowo. Po chwili spędzonej na lotnisku udaliśmy się pod właściwą bramkę, skąd o czasie odlecieliśmy do Montrealu.
Ponieważ zegarki w Kanadzie są przesunięte o sześć godzin względem czasu Europy, zatem wylądowaliśmy w piątek, po południu. Na lotnisku, w wypożyczalni Avis, po odstaniu dłuższej chwili, mąż otrzymał klucze do szarego Subaru Legacy, którym będziemy się przemieszczać przez najbliższy czas. Pracownicy parkingu zapomnieli gdzie go zostawili, jednak po spacerze wzdłuż i wszerz ustaliliśmy miejsce jego pobytu, zaskoczyło nas to, że zarejestrowany jest w Nowym Jorku. Nasza nawigacja, z domu przywieziona, nie chciała od razu zadziałać, po dłuższym kluczeniu dotarliśmy do taniego Motelu Pierre, znajdującego się na przedmieściach Montrealu.
Czas dojazdu na dworzec Centraal to 15-17 minut w zależności od typu pociągu. Zatem kilka chwil po 10:00 byliśmy już w centrum miasta. Z uwagi na znacznie okrojony czas, odpuściliśmy zwiedzanie jakiegokolwiek muzeum, a ograniczyliśmy się do kilkukilometrowego spaceru ścisłym centrum. Po wyjściu z dworca przeszliśmy ulicą Damrak, obok Beurs von Berlage. w którym znajduje się Galeria Sztuki Banksy.
Na chwilę weszliśmy do Kościoła Nowego De Nieuve Kerk, jednak wysokie ceny zwiedzania połączone z brakiem czasu spowodowały tylko szybki rzut oka na udostępnione wnętrza. Dalej przespacerowaliśmy Nieuwezijds Voorburgwal oraz deptakiem Kalverstraat do Rokin.
W miejscu, gdzie rzeka Amstel wpływa do kanału Singel podziwialiśmy wieżę Monetarną, Munttoren, pozostałość starych, średniowiecznych murów, stanowiącą element bramy do miasta.
Po drugiej stronie kanału Singel znajduje się targ kwiatowy, aby nie taszczyć ze sobą cebulek do Kanady, postanowiłam, że zakupy do przydomowego ogródka zrobię w drodze powrotnej.
Dalsza część zwiedzania, to typowy krajobraz dla wenecji Północy, stalowe zwodzone mosty nad Kloveniersburgwal oraz Groenburgwal, przedstawiające bardzo proste, ciekawe rozwiązania techniczne mechanizmów podnoszących.
Po krótkiej sesji fotograficznej na moście Rusland,
znaleźliśmy się na rynku Nieuwmarkt, pośrodku którego stoi Oude Kerk, Stary Kościół.
Poświęcony w 1306 roku, wielokrotnie przebudowywany jest najstarszym kościołem parafialnym w Amsterdamie, w jego kryptach znajduje się 2500 grobów, w których pochowano 10000 mieszkańców stolicy Holandii. Spacerując De Wallen, znaną lepiej jako Dzielnica Czerwonych Latarni, zaskakuje sąsiedztwo sklepów XXX, muzeów poświęconych wszelkim aspektom seksu, coffee-shopów, z których od rana wydostaje się charakterystyczna woń palonego zioła oraz zabytkowych kościołów.
Nad ulicami górują tęczowe flagi oznaczające wyzwolenie seksualne właścicieli i mieszkańców.
Ponieważ Bazylika św. Mikołaja, sąsiadująca z dworcem Centraal była zamknięta,
wybraliśmy się na śniadanie w pobliskiej kafejce i po sfotografowaniu przylegającego do dworca wielopoziomowego parkingu dla rowerów wróciliśmy na dworzec.
Rowerzyści w Amsterdamie, podobnie jak w Kopenhadze, mają specjalne prawa z których korzystają na każdym kroku. Mimo, że mają specjalnie wyznaczone ścieżki, to bez zahamowań jeżdżą również ulicami i chodnikami, przez co spacerowanie po Amsterdamie nie jest bezpieczne, bowiem wciąż trzeba uważać, by nie zostać potrąconym przez rower.
Na lotnisko wróciliśmy tą samą drogą, przed lotniskiem znajduje się charakterystyczny napis "Iamsterdam", obowiązkowy punkt na fotograficznej trasie zwiedzania.
Kontrole bezpieczeństwa przeszliśmy bez problemów, jednak przy paszportowej po raz drugi zadziałało prawo Murphyego, ustawiliśmy się w kolejce za jakimś trudnym do zidentyfikowania mieszkańcem Czarnego Lądu z wyjątkowo egzotycznym paszportem, który skutecznie zablokował możliwość kontroli. Kiedy już służby się z nim uporały, nam posiadaczom paszportów UE kontrola przebiegła ekspresowo. Po chwili spędzonej na lotnisku udaliśmy się pod właściwą bramkę, skąd o czasie odlecieliśmy do Montrealu.
Ponieważ zegarki w Kanadzie są przesunięte o sześć godzin względem czasu Europy, zatem wylądowaliśmy w piątek, po południu. Na lotnisku, w wypożyczalni Avis, po odstaniu dłuższej chwili, mąż otrzymał klucze do szarego Subaru Legacy, którym będziemy się przemieszczać przez najbliższy czas. Pracownicy parkingu zapomnieli gdzie go zostawili, jednak po spacerze wzdłuż i wszerz ustaliliśmy miejsce jego pobytu, zaskoczyło nas to, że zarejestrowany jest w Nowym Jorku. Nasza nawigacja, z domu przywieziona, nie chciała od razu zadziałać, po dłuższym kluczeniu dotarliśmy do taniego Motelu Pierre, znajdującego się na przedmieściach Montrealu.