Strony

czwartek, 7 lipca 2016

Welcome to the jungle, czyli dzień czwarty...

Plan na dziś: Kinabalu Park oraz gorące źródła w Poring. Hotel, mimo że o połowę tańszy niż w Kuala Lumpur, zdecydowanie bardziej ekskluzywny, wszystko działa: lepiej, szybciej i wygodniej. Śniadania o wiele bogatsze, większy wybór dań europejskich, jak dotąd nie udało się Kuby przestawić na te wszystkie grzybki, makarony chow mein i inne specjały lokalnej kuchni. Cały dzień postanowiliśmy poświęcić na wizytę w dżungli, na przekór lokalnym biurom podróży. Turystyka na Borneo stoi na wyjątkowo wysokim poziomie, pod warunkiem, że korzysta się z lokalnego biura turystycznego, oferującego wiele pakietów typu: 2D1N, 4D3N. Przy planowaniu wizyty na Borneo wpadł nam w oko pakiet o nazwie 2 Days, 1 Night Kinabalu Park/Poring Springs. Opis pakietu wyglądał ciekawie - wypoczynek, kąpiel w wodzie siarkowej, wodospadach...piękne do momentu ukazania się ceny (695MYR za osobę, czyli w przybliżeniu 700zł, dziecko 525). Czar prysł i nastąpiła faza realizacji samodzielnej. Taksówka, choć tańsza - odpadała cenowo, autobusem byłoby zbyt długo - najlepiej wypożyczonym samochodem, w kraju, gdzie benzyna "żółta" 94 bezołowiowa, kosztuje ok. 1.75MYR/l. A gdzie tkwi haczyk? Poza tym, że jazda po angielskiej stronie ulicy, mentalność kierowców nieco narowista, Lonely Planet oraz National Geographic stanowczo odradzają wypożyczania samochodu w Malezji, ze względu na to, że jest ekstremalnie niebezpiecznie, to przede wszystkim brak jest jakiegokolwiek wsparcia dla turystów podróżujących na własną rękę samochodem. W recepcji hotelowej na pytanie o przewodnik, mapę - miła pani podaje ulotkę lokalnego biura turystycznego. Na stacji benzynowej, w księgarni: "no maps", nawet w biurze informacji turystycznej brak jakiegokolwiek pomocy - natomiast w ofertach biur można przebierać. My jednak mamy swój plan i konsekwentnie go realizujemy.
Droga do Sandakan
Jego wysokość Kinabalu 4101m

W sumie to nie wiem czym oni handlują...
Drogi na Borneo - fatalnie oznakowane, prędkość średnia przejazdu to ok. 50km/h, zatem pokonanie 125km z Kota Kinabalu do Poring Springs zajęło nam ok. 3 godziny (mijając pola herbaciane Sabah).
Sabah Highlands
Bilet do Parku Narodowego kupowaliśmy kilka minut po 12:00.
Chłopcy eksperymentują z godziną dwunastą w poludnie
Pobieżnie przeczytałam cennik i zdziwiłam się że małżonek płaci tak dużo. W odpowiedzi usłyszałam: "A co? Wyglądam na mieszkańca Malezji?" Rzeczywiście, cennik wstępu - aż się popłakałam. Lokalni dorośli - 3 MYR, dzieci 1 MYR, obcokrajowcy - 15 MYR, ich dzieci 10. I to za sam tylko wstęp do parku (dżungli).
Drzewa bambusowe
Minęliśmy baseny, w których kąpało się mnóstwo dzieci  i udaliśmy się w kierunku pierwszej atrakcji Canopy Walkway, czyli spaceru po wiszących mostkach nad dżunglą. Tutaj też rozbieżne ceny w zależności od pochodzenia, po 1 MYR lokalsi, obcokrajowcy 5MYR dorośli, tyle samo aparat fotograficzny, dziecko 2.5MYR. Wg różnych wersji największa wysokość kładki to 20-28m, faktem jest, że miejscami było bardzo wysoko.
Canopy Walkway
Kolejnym punktem wycieczki po dżungli były wodospady.... i kąpiel w ich mroźnej, orzeźwiającej wodzie.
Od razu dało się  zauważyć, że wycieczki tam jednak nie trafiają, białych ludzi tam nie ma. Lokalni turyści rzucali się na nas jak na czarnoskórego na Modrzejowskiej w Będzinie. Każdy chciał z chłopcami mieć zdjęcie - mnie to się wstydzili, albo kultura nie pozwala im zagadywać obcych kobiet. Poland? Germany? No-Germany? A...Poland. Lewandowski!
Wspólne pozowanie z grupą tambylców z Sandakanu
Po spacerze, dalszą trasą ścieżki...
huśtawka z lian...

Gustowne kosze na smieci
chłopcy postanowili skorzystać z dobrodziejstw sanatorium i zaznać jeszcze kąpieli w siarkowodorowych źródłach. Woda ma pochodzenie wulkaniczne, w drodze na powierzchnię schładza się, zatem u źródła jest dostępna w temperaturze ok. 50C. Ja obawiam się jednak gorącej wody, a do tego nie miałam stosownej odzieży. Co prawda, zabrałam kostium kąpielowy, jednak żadna z kobiet nie korzystała z kąpieli w bikini - wszystkie kąpały się w pełnym odzieniu, nie rzadko zasłaniającym również twarz. A skoro chłopcy swoją białością wzbudzali takie zainteresowanie, to ja tym bardziej moją jeszcze jaśniejszą karnacją.
Park "zamknęliśmy" o 17:00, kiedy też ostatni odwiedzający opuszczali baseny oraz udaliśmy się w drogę powrotną, która zajęła nam prawie tyle samo czasu.
Tym razem majestat w chmurach

Borneo transfer czyli dzień trzeci

Dzisiejszy dzień minął nam w zasadzie bez atrakcji. Wciąż z trudem przychodzi nam wstawanie wcześnie rano, nie przestawiane jeszcze w Polsce zegary biologiczne nie chcą zadziałać w tej strefie czasowej. Kłopoty z zasypianiem wieczorem, dzienne drzemki - jeszcze kilka dni zajmie nam dostosowanie się do warunków strefy czasowej, szczególnie, że przy równiku dzień trwa zawsze 12h. Śniadanie jak zwykle około 9:00, później spakowanie się i o 11:00 wymeldowaliśmy się z hotelu. Tym razem na lotnisko jechaliśmy już prawidłową drogą - kolejką podmiejską na dworzec Bandar Selak Selatan, a później kolejką KLIA Transfer, na terminal Kuala Lumpur International Airport (KLIA) 2, który jest portem dla wielu tanich linii lotniczych takich jak JetStar Asia, Malindo Air czy naszego dzisiejszego przewoźnika - AirAsia.
Dojście na Bandar Delak Selatan
Przepych na dworcu Bandar Selak
KLIA1 Transfer
Korzystając z okazji nadaliśmy już nasze bagaże, po czym udaliśmy się na poszukiwanie jakiejś knajpki w której moglibyśmy zjeść nieco przyspieszony obiad. Knajpkę tą odnaleźliśmy tuż przy lotniskowym hotelu - Plaza Lounge, gdzie planujemy przespać się za tydzień w drodze z Singapuru do Kuala Terengganu.
Pasta napoli
Posileni, udaliśmy się na długi spacer od kontroli bezpieczeństwa do bramki K12, skąd za dłuższą chwilę mieliśmy odlecieć do Kota Kinabalu. AirAsia to tani przewoźnik działający głównie we wschodniej Azji, ceny, samoloty oraz jakość usług - zupełnie jak "nasz" węgierski WizzAir.
Terminal KLIA1
Jest i nasz AK 5116 K.Kinabalu

Pracownik linii odrywający kupony od kart pokładowych dwukrotnie potwierdzał, czy musi sprawdzać nasze wizy, czym wywołał niebywały popłoch w szeregach Amerykanów stojących za nami. Kilka chwil w poczekalni i obsługa zaprosiła nas do zajęcia miejsc w samolocie. 
2.5h lotu wykorzystaliśmy na drzemkę i odpoczynek.
Borneo powitało nas pięknym zachodem słońca, którego niestety nie udało się sfotografować przez brudną szybę terminala lotniska Kota Kinabalu. Najpierw wyszliśmy niewłaściwym wyjściem, to dość charakterystyczne, bo większość znanych lotnisk w sposób jednoznaczny wskazuje drogę do taśmy z bagażami. Tutaj to nie działa, trzeba dokładnie sprawdzić, skąd się przyleciało i w zależności od miejsca startu samolotu udać się do odpowiedniej części terminala. Przed odebraniem bagażu czekała nas jeszcze kontrola paszportowa i stempel potwierdzający kiedy przybyliśmy do stanu Sabah. Przy wyjściu do części ogólnodostępnej czekał już na nas, incognito, pracownik firmy Prima Odyssey, wyjaśnił, że z uwagi na święto biuro ma zamknięte. Dysponował jednak potwierdzeniem rezerwacji i zakomunikował, że należy się 500MYR, gotówką. Było to trochę zaskoczeniem, kasę zabrał, potwierdzenia nie zostawił. W Polsce byłoby to niemożliwe. Małych samochodów już nie było, trafił nam się Proton Saga, malezyjski wynalazek na licencji Mitsubishi Lancer, z przebiegiem 135 tys km. Pod hotel zajechaliśmy po pół godziny, na pamięć - byle na północ, bo hotel jest w pobliżu Uniwersytetu Malezyjskiego w Sabah. Cała aglomeracja Kota Kinabalu ma prawie 900tys mieszkańców, ale rozciągnięta jest wzdłuż linii północ-południe, przy czym lotnisko znajduje się na południu, a wybrany przez nas hotel Klagan Regency na północy. O 20:00 pod hotelem nie udało nam się znaleźć miejsca do zaparkowania i wjechaliśmy na teren pobliskiego parkingu wielopoziomowego. Poprzez wszystkie kondygnacje  kompleksu 1Borneo, obładowani bagażami - w końcu znaleźliśmy się przy recepcji, gdzie miła pani wręczyła kartę dostępu do pokoju 1807. 
Okno na toaletę...
Później spacer po hipermarkecie, niby święto Aidilfitri i powinno być zamknięte - ale jako, że jest to koniec Ramadanu i postu, w knajpkach i sklepie mnóstwo ludzi. Kuba zjadł gofra z czekoladą, który mu bardzo smakował a nam udało się kupić last-minute po butelce piwa. W Malezji zakup alkoholu jest niemałym problemem, przede wszystkim dlatego, że towar ten objęty jest ogromną akcyzą - butelka 660ml kosztuje co najmniej 12 MYR. Prawo zakazuje sprzedaży niepełnoletnim, muzułmanom, a stoiska alkoholowe obowiązkowo muszą być zamknięte o 21:00. Po zakupie udaliśmy się do pokoju, a małżonek na parking wielopoziomowy by przestawić samochód na parking pod hotelem. 
Widok na Kota Kinabalu z 18 piętra z pokoju 1807