W tej świątyni, Kuba miał swój moment, dostał w prezencie i mógł zapalić kadzidełko, umieszczając je w pięknie rzeźbionej glinianej misie.
Jako, że w trakcie każdej wyprawy, oprócz sfery kulturowej, liczą się również, obiekty będące na top 10 miejsc, wartych do odwiedzenia, nie mogliśmy pominąć zarówno Petronas Towers w KL jak i Marina Sand Bay w Singapurze.
Kubie bardzo zależało aby odbyć przejażdżkę Skyflyierem, w Singapurze:
a mnie aby odwiedzić ogrody Gardens by the Bay.
Jednakże wyprawa, to nie tylko świątynie, domy, budynki i domy, to także lokalna przyroda. Tej też poświęciliśmy nie mało chwil.
Przedzieraliśmy się przez dżunglę na Borneo, o dziwo nie ugryzł nas ani jeden komar ani żaden inny insekt (przed podróżą nabyliśmy stosowne repelenty, które podziałały doskonale),
 |
| Poznana e dżungli, wesoła rodzina z Sandakanu |
płynęliśmy łodzią, dziką rzeką, pośród lasów namorzynowych i deszczowych w dżungli Borneo,
odwiedziliśmy sanktuarium orangutanów, a jego mieszkańcy okazali niezwykłą nam przychylność i cierpliwość, bo pozwolili się sfotografować.
Wizyta na wyspie Borneo, była dla mnie ważna, z dwóch powodów. Będąc małą dziewczynką uwielbiałam programy z serii "Pieprz i Wanilia". Tony Halik i Elżbieta Dzikowska, mnóstwo w różnych latach i seriach, poświęcili czasu, wyspie, jej przyrodzie i egzotyce, wtedy to opowiadania o podróżach na jedną z większych wysp świata były jednymi z moich ulubionych. Później Martyna Wojciechowska, w autorskim programie "Kobieta na krańcu świata, pięknie ukazała sierociniec dla orangutanów na Borneo. Wiedząc, co się jej później przytrafiło, jej zmagania z chorobą, wizyta w ich sanktuarium była jedną z najważniejszych a zarazem najpiękniejszych punktów naszej podróży.
Sanktuarium nie jest zwykłym zoo, to terytorium, swoisty rezerwat, w którym, ludzie lasu są szczęśliwi, żyją swobodnie, będąc doglądane, leczone i dokarmiane.
W Kuala Lumpur odwiedziliśmy natomiast niezwykle zoo, rezerwat ptaków KL Birds Park.
Tutaj w mega wielkiej wolierze, odwiedzający poruszają się pośród ptaków, żyjących w swoich naturalnych siedliskach.
Spotkanie z ptactwem, oko w oko, jest przeżyciem niesamowitym. Aż chciałoby się, żeby choć namiastka takiego parku, znajdowała się w którymkolwiek ogrodzie zoologicznym w Polsce, czy Europie.
Nie obyło się bez leniuchowania ale i też aktywnego wypoczynku, bowiem przez kilka dni na bezludnej wyspie Lang Tengah Island, poszukiwaliśmy dzikiej przyrody w Morzu Południowo-Chińskim. W okolicach Malezyjskich wysp, są podobno najlepsze na świecie miejsca do wykonywania podwodnej makrofotografii, a plaże najpiękniejsze, obfite w przeróżne muszle i elementy wyrzuconej na brzeg rafy. W trakcie pobytu w Egipcie, pod żadnym pozorem nie wolno było wywozić nam rafy, tutaj, z racji ich ogromnych ilości, nikt nie robi z tego problemu.
Podsumowując, Malezja pozytywnie mnie (nas) zaskoczyła, z jednej strony jest
multikulturowa, co bardzo odróżnia ją od Polski, a z drugiej ma w sobie
dużo z Europy, co sprawia, że turysta dobrze się tam czuje, również przez to, że większość bardzo dobrze mówi po angielsku. Cała nasza rodzina, znalazła w niej coś dla siebie.
Mam wrażenie, że Kuba bardzo wydoroślał, wszyscy mówią, że wyrósł (może to wpływ równikowego słońca), doskonale wie, w jakich krajach był, interesowały go i to bardzo zawiłości i różnice kulturowe ludzi, zawsze o coś dopytywał. Dzisiaj wspaniale potrafi odróżnić muzułmanina, chińczyka, czy hinduistę. A w trakcie transmisji telewizyjnej z wizyty Ojca Świętego z okazji Światowych Dni Młodzieży w Polsce, wyłowił z pośród tłumu na Krakowskich Błoniach, flagi malezyjską i brunejską.
Podsumowanie nie byłoby kompletne, abym kilku słów nie poświęciła kuchni malajskiej, podróże kulinarne, nie są jednak moją domeną i w trakcie wyjazdu ograniczyliśmy się jedynie do pojedynczych, prób degustacji kuchni, która w opinii wielu należy do najsmaczniejszych na świecie. Kolorowa, wonna, ostra, przepełniona curry.
Spróbowaliśmy narodowej potrawy
Nasi Lemak, gotowany ryż w śmietanie kokosowej, z warzywami, trawą cytrynową, grilowanymi wiórkami kurczaka, fasolką i jajkiem sadzonym lub jajkiem na twardo. Tutaj wersja pięknie podana.
Jest to potrawa podawana głównie na śniadanie, jej elementy, już w nie tak pięknej oprawie, spożywaliśmy praktycznie codziennie.
Skusiliśmy się na malajsko-indonezyjski
Chicken Satay, z kawałków kurczaka, w przyprawie curry, nadzianych na patyczki bambusowe, podawanych z różnymi sosami. Potrawa ta, także w wersji z patelni wok, bardzo przypadła do gustu Kubie, który praktycznie w trakcie wyprawy stronił od wszystkiego co orientalne.
 |
| Wersja patyczkowa |
 |
| Wersja z woka z nudlami sojowymi z pietruszką |
Będąc w Korei Południowej bardzo smakował mi
Bibimbap, tutaj skosztowaliśmy, lokalnej odmiany z krewetkami i małżami. No cóż, jedząc danie z tymi ostatnimi miałam po
prostu wrażenie, że przyprawy nie są w stanie przełamać smaku, sama nie wiem jakiego (skarpetki, przemieszanej z zapachem mułu).
A mówią, że owoc duriana, ma niepowtarzalny zapach i osobliwy smak. Na konsumpcję króla malezyjskich owoców, nie zdecydowaliśmy się.
Skosztowaliśmy jeszcze, rosołu vege - warzywa, zasmażane, w czerwonym sosie curry z tofu.
W trakcie podróży wszystko doskonale zadziałało, nie było żadnych opóźnień ani niespodzianek, każdy zaplanowany dzień wyprawy został zrealizowany z nawiązką, choć doświadczyliśmy nocnej burzy tropikalnej, jadąc poprzez wąskie i nieoświetlone drogi Borneo, jednak to również jest element przygody.