Strony

sobota, 1 lipca 2017

Święta Dolina Inków, cz.2 - Machu Picchu.

Machu Picchu. Cel sam w sobie.
Pojechać do Peru i nie zobaczyć Machu Picchu, to trochę jak być w Moskwie i nie zobaczyć Kremla, w Paryżu Wieży Eiffela, czy BigBena w Londynie. Od wielu lat Machu Picchu wpisane jest na wszelkie możliwe listy dziedzictwa Unesco, jest na pierwszym miejscu wszelkich zestawień National Geographic, LonelyPlanet czy tripadvisora.
Przygotowując się do wyjazdu, na jakimś blogu, znalazłam 3 powody, dlaczego nie warto jechać:
- jest zbyt dużo ludzi
- jest zbyt drogo
- zbyt trudno jest się tam dostać.
Trudno jest nie zgodzić się z powyższymi tezami.
Co prawda obecnie dzienna ilość sprzedanych biletów ograniczona jest do 2500, to mimo wszystko swoje trzeba odstać: w kolejce do busa, w kolejce do skanowania biletów, wewnątrz, w wąskich przejściach, gdy zbierze się duża wycieczka. Ceny są absurdalne - już samo dotarcie koleją kosztowało nas 1500zł. Są co prawda patenty z dojazdem do elektrowni i przejściem torami kolejowymi, jednak coraz częściej można znaleźć informacje o ludziach podających się za pracowników kolei i wyłudzających haracz za przejście torami. Wariant ten jest również czasochłonny, bowiem wymaga prawie trzech dni, a my tyle czasu nie mieliśmy.
Spaliśmy krótko, łóżka nie były jakoś wygodne, a pokój był bardzo wilgotny. O prysznicu nie było mowy, bo woda lała się lodowata. Przed 7:00 zameldowaliśmy się na wyjątkowo skromnym śniadaniu - kilka sucharów,  marmolada i kawa z mlekiem. Chwilę później wymeldowaliśmy się z hostelu, przeszliśmy rynek i ustawili w kolejce do autobusu. Mimo wczesnej pory, sporo ludzi już stało w kolejce. Wciąż ktoś się przepychał i trzeba było bardzo pilnować kolejki. Za bilety zapłaciliśmy 180Sol, były to bilety w jedną stronę - zaplanowaliśmy tylko wjazd na górę, po czym zejście na nogach. Pół godziny później jechaliśmy już serpentynami na górę drogą Hiram Bingham. Po odstaniu w kolejce i okazaniu biletów nabytych za 200Sol/os. na stronie Ministerstwa Kultury Peru weszliśmy na teren miasta.
Strona nie umożliwia kupienia biletów dla dzieci w prosty sposób, należy wypełnić wniosek, w związku z tym Kuba otrzymał bilet dorosły. I tak taniej jak u pośrednika, u którego mało co nie kupiliśmy biletów, a który za naszą trójkę zażyczył sobie prawie 1000zł.
Wybrane bilety umożliwiały wejście na Górę Machu Picchu; trzeba je nabyć z wyprzedzeniem, a chętni wpuszczani są na szlak w dwóch grupach po 200 osób. My wybraliśmy drugą grupę od 9:00 do 10:00. Trudna wspinaczka górskimi ścieżkami zaowocowała pięknymi widokami na ruiny inkaskiej osady oraz dolinę rzeki Urubamba.
Po zejściu z góry rozpoczęliśmy zwiedzanie ruin - typową dedykowaną ścieżką, rozpoczynając w domu strażnika, przy którym zderzyliśmy się z polską wycieczką Rainbow.
 
 
 
Dom strażnika to jeden z obiektów, który został w pełni odrestaurowany i jest kryty strzechą. Dalej przeszliśmy na Święty Plac, który z trzech stron ograniczony jest przez budowle sakralne, a z czwartej - przepaść. To najbardziej ceremonialne miejsce w Machu Picchu, znajduje się tu Dom Najwyższego Kapłana, oraz Główna Świątynia, która jak na takie miasto - jest raczej niewielka. Okna Świątyni Trzech Okien, natomiast, wychodzą na plac centralny.
 
Tam też na głazie zażyczył sobie fotkę, co spowodowało oburzenie strażnika.
Jak wytłumaczył, można na nim siadać, ale nie wolno się kłaść (jakby była jakaś różnica).
Na wzniesieniu znajduje się inny kamień - intihuatana, kamień z wyrzeźbioną kolumienką, który służył Inkom do określania dat przesileń, a kapłani w równonoc "wiązali słońce na łańcuchu".
 
W tym miejscu Pachachuti mógł rozmawiać z bogami, w tym miejscu wytyczona została axis mundi - oś świata.  Później zeszliśmy na plac centralny,
 
a dalej nieco cienia znaleźliśmy przy Świętej Skale.
Trochę się tam rozluźniło, wycieczki wciąż kotłowały się przy świątyniach, a w części pełniącej funkcje mieszkalne można było sobie pozwolić na luźną sesję, bez obaw że ktoś wejdzie w kadr.
 
 
 
 

 
Dalej przeszliśmy do kompleksu więziennego, po zwiedzeniu którego w końcu odnaleźliśmy Świątynię Kondora.
 
Prawdopodobnie przez tłumy pominęliśmy majstersztyk precyzji kamieniarstwa - dom strażnika fontanny, pałac księżniczki oraz grobowiec królewski z ołtarzem symbolizującym trzy światy Inków: podziemie, ziemię i niebo.
 
Tutaj po raz kolejny weszliśmy w konflikt z innym strażnikiem, który kazał nam zrobić duże kółko, bo podobnież idziemy pod prąd. Tam też podziwiać można, w jaki sposób Inkowie ujarzmili wodę, pięknymi kaskadami woda spływa w dół,
a za pomocą prostych i niewielkich tam można by nią nawadniać tarasy znajdujące się poniżej. Minęła 13:00, chociaż zobaczyliśmy wszystkie punkty to pozostał niedosyt, że trzeba już wyjść by zdążyć na pociąg. Po nabyciu strasznie drogiej wody z automatu (8Sol/0.5l) ruszyliśmy pieszo w dół. Droga była bardzo trudna, upał i wilgotność, co by nie było dżungli dawały popalić - do pokonania było 500m w pionie i 6km w poziomie.
 
Całość zejścia zajęła nam ponad 1.5h, w trakcie niewiele brakło a byśmy nie zeszli (z tego świata), ale po kilku odpoczynkach, przejściu przez most wiszący udało się dotrzeć na rynek w Aguas Calientes,
 
gdzie po zjedzeniu empanadas oraz sesji zdjęciowej,
 
 
 
zgubieniu się na targu przylegającym do dworca,
zderzeniu z tą samą wycieczką Rainbow, odczekaniu na dworcu - usiedliśmy w pociągu Inca Rail do Ollantaytambo.
Dotarliśmy tam wieczorem, po kilkunastominutowym spacerze zameldowaliśmy się w Hostelu Andean Moon, w którym czekały na nas bagaże zostawione dzień wcześniej. Sen przyszedł szybko.

piątek, 9 czerwca 2017

Święta Dolina Inków, cz.1 - Z Cusco do Aguas Calientes

Obudziliśmy się w autobusie tuż przed dotarciem na dworzec. Straszne dziury w drodze, ale tym razem autobus przyjechał praktycznie o czasie.
Miasto powitało nas chłodem poranka. Na dworcu autobusowym zjedliśmy śniadaniowe empanadas i zaczęliśmy się rozglądać za kierowcą, który dostarczyłby nas do Ollantaytambo, zwiedzając kilka atrakcji po drodze.
Najbardziej logiczna wydawała się pętelka przez Pisaq, Calca a na powrocie Maras&Moray. Wycieczka dość nietypowa, co prawda lokalne biura podróży oferują ją jako jednodniówkę - nam jednak zależało na tym żeby wieczorem znaleźć się w O'tambo, skąd odjeżdża Inca Rail. Takie rozwiązanie wymaga taksówki/kierowcy prywatnego. Już w Arequipie w biurze podróży pani proponowała zorganizowanie takiego transportu, jednak cena 600Sol wydawała się zbyt duża. Kiedy taksówkarze wyśmiali ofertę 250 Sol, wiedzieliśmy że jesteśmy blisko ceny godziwej. Taką okazała się 325Sol, za którą jeden z taksówkarzy, imieniem Santos, zgodził się zawieźć nas do O'tambo i przywieźć dwa dni później. Z okien taksówki podziwialiśmy Puca Pucara i ruiny Q'inqu,
 
 
a pierwszy postój to zdjęcia na Mirador Quillahuata - brama do Doliny Inków w drodze z Cusco, wraz ze wszechobecnymi tarasami rolniczymi.
 
 
 
Dalej pojechaliśmy do Awana Kancha - muzeum/mini zoo, którego celem jest dostarczenie wiedzy o wikuniach i alpakach. Oba gatunki należą do rodziny wielbłądowatych. Wikunie są mniejsze i są protoplastami alpak. Alpaki natomiast są mniejsze od lam, ze względu na futro przypominają trochę krzyżówkę lamy i owcy. Mają szczególne miejsce w kulturze andyjskiej - futro stosuje się do przędzenia delikatnych materiałów, mięso do jedzenia, natomiast odchody stosuje się jako nawóz oraz opał.
 
 
 
 
 
 
Czasem ludność Andów używa alpak i lam jako zwierząt jucznych, jednak z uwagi na swoją niewielką wagę - nie mają możliwości przenieść zbyt wiele ekwipunku.
Charakterystyczna budowa wargi powoduje, że zwierzęta te zjadają trawę, nie wyrywając korzeni - są świetnymi kosiarkami. Natura, poprzez futro i spore kopyta uodporniła je do życia w trudnych warunkach Andów, z upalnymi latami i mroźnymi zimami.
Wizyta dała wiele radości Kubie - małemu fanowi alpak.
Po pokonaniu wielu serpentyn
 
 
dojechaliśmy do Pisaq. Miasto, położone nad rzeką Vilcanota składa się z dwóch części - dolnej, kolonialnej oraz górnej, inkaskiej. Przed wjazdem na parking należy uiścić opłatę za zwiedzanie Świętej Doliny - zapłaciliśmy 130Sol/os. za bilet uprawniający do wejścia na teren większości ruin w dolinie. Inkowie sprytnie umieścili osadę w miejscu niedostępnym, wzgórza dzielą ją na cztery części: P'isaqa, Inti Watana, Qalla Q'asa i Kinchiraqay. Osada spełniała trzy podstawowe role: militarną, rolniczą i religijną. Broniła ona wejścia południowego do Świętej Doliny, a także kontrolowała trasę łączącą Imperium Inków i lasy deszczowe.  Rozległe tarasy rolnicze umożliwiały produkcję żywności w ilości znacznie przekraczającej typowe uprawy na tej wysokości (~3000 m n.p.m.). W pobliżu Świątyni Słońca znajduje się charakterystyczny kamień, który służył do określania przesileń i równonocy słonecznych istotnych zarówno w obrzędach religijnych, jak i dostarczających rolnikom informacji o terminach siewów oraz zbiorów. Chociaż twierdza była dobrze zorganizowana, to jednak szybko poddała się atakowi Francisco Pizarro, który wraz ze swoimi oddziałami zdobył ją i zniszczył w latach trzydziestych XVIw.
 
 
 
 
Zwiedzanie Pisaq, wraz z najwyższym punktem osady zajęło nam prawie dwie godziny,
 
 
na parkingu zjedliśmy soczystą kukurydzę z serem (4Sol)
oraz obudziliśmy naszego kierowcę, któryw międzyczasie uciął sobie drzemkę. Zabraliśmy gapowiczkę - turystkę z Hiszpanii pracującą w Berlinie, która chciała pojechać do miasta. Co prawda proponowaliśmy zabranie aż do Ollantaytambo, bo i tam zmierzała - wolała jednak wysiąść przy Plaza de Armas w Pisaq. Dalej pojechaliśmy przez Coya oraz Calca, w której odbywał się festyn cuy, czyli pieczonej kawi domowej, do niedawna znanej jako świnka morska.
Na Plaza de Armas w Ollantaytambo
 
 
 
pożegnaliśmy się z Santosem, i podeszliśmy do hostelu Andean Moon, w którym nazajutrz spędzimy noc. Ponieważ IncaRail znacznie ogranicza wielkość bagażu -jedynie do samolotowego podręcznego, plecak i torby zostawiliśmy w hostelu, by do Aguas Calientes pojechać "na lekko" tylko z najpotrzebniejszymi rzeczami. W restauracji przy rynku zjedliśmy obiad,
 
 
Kuba odrobił szkolne zaległości oraz skorzystaliśmy z internetu - a przede wszystkim z możliwości odpoczynku w połowie bardzo intensywnego dnia. Posileni, udaliśmy się na podbój twierdzy. Właśnie. Twierdzy. Taka nazwa przyjęła się, natomiast inkaska osada nie była wcale silnie ufortyfikowana, a jej przeznaczenie było głównie religijne. Na schodach prowadzących do centrum ceremonialnego były tłumy - ciężko było przepchnąć się w górę pośród setek turystów w różnym tempie zdobywających wzniesienie.

 
Na wzgórzu znajduje sektor świątyń, gdzie podziwiać można precyzję dopasowania ogromnych głazów - Sześć Monolitów tuż przy niedokończonej Świątyni Słońca.
 
 
 
Wciąż zaskakuje to, że Inkowie umieszczali je bez zastosowania koła, bo go nie znali. O wiele prościej byłoby stosować wielokrążki, oni jednak podnosili skały za pomocą dźwigni z drewnianych belek. Aby stworzyć tak dokładne dopasowanie należało wielokrotnie opuszczać kamienie, sprawdzać miejsca w których występują szczeliny, po czym obrabiać kamienie i ponownie je opuszczać. Aby ominąć koszmarne kolejki postanowiliśmy przejść eksponowaną ścieżką oznaczoną "niebezpieczeństwo". Był to dobry wybór, chwilami wąska ścieżka biegnie tuż przy przepaści, to jednak znaczna część turystów z niej nie korzysta, przez co w spokoju można kontemplować piękno widoków. Doszliśmy aż do spichlerzy, po czym zeszliśmy wzdłuż sektora rolniczego na Manya Raki. W świątyniach inkaskich zawsze ważną rolę odgrywała woda, jednym z takich miejsc jest źródło "Kąpiel księżniczki".
Po opuszczeniu ruin udaliśmy się ponownie na rynek miejski, gdzie obserwowaliśmy przygotowania do niedzielnego festynu. Rozpoczęcia imprezy jednak już nie doczekaliśmy bo o 19:30 mieliśmy pociąg do Aguas Calientes, a wymagane było stawienie się na dworcu co najmniej 40 minut przed odjazdem. Sam zakup koszmarnie drogich (350$/3os RT) biletów jeszcze w Polsce - znacznie podniósł ciśnienie. Za pomocą jakiegokolwiek komputera w polskiej sieci było to niemożliwe, dopiero udało się z niemieckim IP. Można było kupić u pośredników jednak ceny przekraczały wtedy 500$.
Pociąg znacznie się spóźnił, wyjechaliśmy dopiero przed 21:00, była okazja na to żeby się zdrzemnąć po intensywnym dniu. Każdy wagon obsługiwany jest przez stewardessę, która pilnuje porządku, oraz serwuje napoje. Powinna również dopilnować tego, aby pasażerowie nie mieli nadmiernego bagażu - tak się jednak nie stało. Dedykowane miejsce na bagaże szybko się wypełniło i nasze torby musieliśmy trzymać w nogach, co nie było szczególnie wygodne.
O 23:00 dotarliśmy do Aguas Calientes, gdzie po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy Hostal Colla Raymi, w wąskiej uliczce, której nikt nie potrafił wskazać. Chyba najgorszy nasz nocleg na tym wyjeździe, w miarę tani - na szczęście krótki. Tylko się przespać i rano ruszyć zwiedzać Machu Picchu.